Tirana: integracja społeczna czy dezintegracja - pyta Fatos Lubonja

Autor: Fatos Lubonja

Czy możliwe jest, aby w ciągu dziesięciu lat pojedynczy człowiek lub rodzina, która przyjechała do Tirany,
poczuła się tak samo, jak starzy mieszkańcy Tirany? Jeśli tak, to w takim razie należałoby powiedzieć:
tym gorzej dla przybyszów.

Przeczytałem niedawno informację o przeprowadzonym przez jedną z albańskich organizacji pozarządowych badaniu, które odnosiło się do społeczno-ekonomicznej integracji ludności nowo przybyłej do Tirany. Badanie zostało przeprowadzone w oparciu o  ankietę dotyczącą takich kwestii, jak: zamieszkanie i zameldowanie, wykształcenie, zatrudnienie, sytuacja ekonomiczna, jakość życia, zaangażowanie i przynależność do wspólnoty, relacja z instytucjami samorządowymi. Wniosek płynący z wyników badania jest następujący: ci, którzy mieszkają w Tiranie ponad dziesięć lat, postrzegają wymienione wyżej kwestie podobnie, jak ci tirańczycy, którzy mieszkali w stolicy przed 1990 rokiem (nie wiem dlaczego zamiast „mieszkańcy” mówi się w tej informacji „rezydenci”). Krótko mówiąc, z badania wynika, że przybysz potrzebuje dziesięciu lat, aby poczuć się tirańczykiem.

Ta informacja poruszyła mnie nie dlatego, że badanie wydało mi się powierzchowne, jedno z tych, jakie zwykle przeprowadzają organizacje pozarządowe dla paru groszy, ale dlatego, że jego konkluzja wydała mi się bezcelowa. Po prostu, nie zrozumiałem, czemu miało owo badanie służyć. Z informacji wynikało, że chodzi o tych przybyszy do Tirany, którym do zaadaptowania się, tzn. do wzniesienia się na wysoki poziom mieszkańca stolicy, potrzeba co najmniej dziesięciu lat. Dla mnie z kolei, kwestia dotycząca dzisiejszych tirańczyków jest zupełnie inna.


Tirana, widok z dachu (foto: picassagoogle.com)

Chodzi przede wszystkim o to: co znaczy poczucie „integracji” w naszej stolicy? Wiąże się z tym następne pytanie: Czy możliwe jest, aby w ciągu dziesięciu lat pojedynczy człowiek lub rodzina, która przyjechała do Tirany, poczuła się tak samo, jak starzy mieszkańcy Tirany? Jeśli tak, to w takim razie należałoby powiedzieć: tym gorzej dla przybyszów.

Mówię tak, ponieważ jako stary mieszkaniec Tirany, który w niej mieszka i z uwagą śledzi życie współmieszkańców, czuję, że w mieście prawie nie daje się żyć. Zarówno jeśli chodzi o tzw. pierwszorzędne potrzeby życiowe, a więc o nasze kontakty z powietrzem, zielenią, wodą, ulicami, miejskim krajobrazem itp., a także o potrzeby rozumiane jako „integracja społeczna”, czyli to, na ile czujemy się częścią określonej wspólnoty, do czego zaliczają się także nasze kontakty z miejskimi instytucjami samorządowymi.


Centrum Tirany (foto: albobserver.com)

Jednym słowem, powiedziałbym, że jako mieszkaniec Tirany czuję nie integrację, ale właśnie dezintegrację. Jeśli w wspomnianym wyżej badaniu taki właśnie wniosek wynika odnośnie do  przybyszów, którzy mieszkają tu od dziesięciu lat, to mogę powiedzieć, że jest on ścisły. W przeciwnym razie nie wnosi nic.

Dzisiaj oczekiwałbym nie badania, które powie, ile czasu potrzeba, aby poczuć się przybyszem zaadaptowanym, ale poważnego studium nad dezintegracją społeczną tirańczyków, jej przyczynami i skutkami, badania nad tym, co należy zrobić (i ile czasu może nam to zająć), aby zaczął się proces integrowania mieszkańców Tirany z ich miastem. Bo dzisiaj to miasto chce ich zdezintegrować i wyrzucić poza swój obszar. Oczekiwałbym studium, które zajęłoby się tym, o ile wzrosła liczba chorych na raka, na choroby płuc, albo chorych psychicznie. Badania, które zajęłoby się także tym, jak ci budowniczowie, którzy do wczoraj niszczyli stolicę betonując każdy jej skrawek, teraz  nieustannie ślą do nas e-majle, w których reklamują się na różny sposób, mówiąc: w Tiranie nie sposób mieszkać, musicie ją opuścić i zacząć kupować wille, które my wam wybudujemy na jej przedmieściach, co koniec końców doprowadzi do tego, że zniszczone zostaną także przedmieścia.

Kiedy mówię o społecznej dezintegracji wspólnoty tirańczyków, muszę wpierw odwołać się do okresu komunizmu. „Dlaczego, czyżby istniała wtedy wspólnota tirańczyków?” – mógłby ktoś słusznie zapytać. Jako mieszkaniec Tirany powiem, że komunistyczne państwo, przywłaszczając wszystkie atrybuty życia publicznego, zniszczyło stare i nowe wspólnoty Tirany i to, co przeżywamy obecnie, jest skutkiem tamtego okresu. Ale nie tylko.   

Znowu jako stary mieszkaniec Tirany mogę powiedzieć, że tu i ówdzie ostały się dzielnice lub kwartały, w których ludzie żyją od lat, ostał się pewien rodzaj solidarności dzielnicy/kwartału, utrzymują się relacje między ludźmi, którzy znają się od lat z przedszkola, szkoły, albo boiska. To prawda, że instytucje lokalne, tak ważne dla podtrzymywania wspólnot, zostały im narzucone z góry i że mieszkańcy nie odbierali ich jako własnych; to prawda, że reżim zrodził również głęboki brak zaufania człowieka do człowieka, co nie pomagało w socjalizacji. Mogę jednak powiedzieć, że w latach 90. Tirana miała urbanizacyjne możliwości rozwijania tych elementów wspólnotowych, które zostały zachowane, albo do pewnego stopnia rozwijały się w komunizmie.

Zamiast tego zaczęło się ich niszczenie, które pociągnęło za sobą także niesłychaną dezintegrację społeczną. Bez wątpienia, wpłynęło na nią wiele czynników takich jak: emigracja znacznej części tirańczyków i napływ przybyszów, czemu towarzyszyła dzika urbanizacja; urbanistyczna masakra z zagarnianiem własności publicznej; nieuczciwa prywatyzacja, której przewodziły instytucje państwowe, a one zamiast demokratyzować się w takim sensie, żeby tirańczycy uznali je za własne, zaczęły, we współpracy z różnej maści złodziejami spoza Tirany i z miejscowymi, grabić przestrzeń publiczną, niszczyć pamięć historyczną i tak po kolei. Doprowadziło to do zniszczenia poczucia wspólnoty tirańczyków. Tirańczyk jest teraz bardziej osamotniony niż kiedykolwiek, pozostając sam ze swoimi problemami, bez poczucia wspólnoty, bez poczucia, że ma sąsiadów, z którymi może podzielić się swoim zmartwieniem, bez instytucji, które powinny mu służyć, bez takich szkół i przedszkoli, co do których byłby pewien, że wychowują człowieka XXI wieku.

Nie będę się dłużej rozwodzić nad tą depresyjną sytuacją, o której wielokrotnie pisałem. W tym eseju chciałbym coś zasugerować w przekonaniu, że nigdy nie jest za późno. Tym bardziej, że obecnie mamy młodego burmistrza i grupę, która pracuje nad planem urbanistycznym miasta. Powiem więcej – może przeczytają te zdania także w obliczu katastrofy, która dzieje się na naszych oczach, i nie będą drwić ze mnie – czego się obawiam – mówiąc cynicznie, że moje słowa, to głupoty ignoranta („ludowego urbanisty” – jak nazwał mnie kiedyś były burmistrz). Zjawiska, o których piszę występują w całym kapitalistycznym świecie.

Aby lepiej wytłumaczyć to, co chcę zasugerować, przytoczę przykłady właśnie ze świata. Zacznę od doświadczenia Enrique Penalosy, burmistrza stolicy Kolumbii na początku 21 w.,  który zasłynął ze swojego projektu. W dziesięciomilionowej stolicy Bogocie, duszącej się od chaotycznego transportu miejskiego, z problemami pod wieloma względami nieporównywalnymi do Tirany, Penalosa rozpoczął zmiany, kierując się następującą zasadą: ”Odczuwamy potrzebę chodzenia, podobnie jak ptaki potrzebują latania. Odczuwamy potrzebę przebywania z innymi ludźmi. Potrzebujemy piękna, kontaktu z przyrodą. A przede wszystkim nie chcemy czuć się wykluczeni. Chcemy poczucia pewnej równości”.

Kierując się tą zasadą, stworzył projekt miasta relacyjnego, o niezwykłym znaczeniu dla  świata. Penalosa podkreślał po pierwsze, że istnieje konflikt między miastem przeznaczonym dla samochodów a miastem przeznaczonym dla ludzi (któż lepiej, jak nie tirańczycy odczuwają ten konflikt na własnej skórze?). Dlatego zarzucił projekty budowania wielkich ulic na peryferiach (pamiętajcie, że my to robimy) i środki finansowe przeznaczone na nie wykorzystał do budowy wielkich parków, ścieżek rowerowych i „pieszych autostrad”.



Bogota, Plaza

Aby uporać się z potrzebą transportu, oparł się na transporcie publicznym, który stał się bardzo szybki i efektywny. Poszerzył chodniki, tworząc na nich wielkie przestrzenie publiczne i ścieżki rowerowe. Przypominam, że Bogota jest miastem ludzi biednych (jak my), i takie działania podjęte przez mera mogą się wydawać luksusem, właściwym dla bogatych miast zachodnich, zwłaszcza skandynawskich. Ale zdaniem Penalosy, właśnie w mieście ludzi biednych, jakim jest Bogota, socjalność jest potrzebą podstawową, która pomoże zmniejszyć także problemy  biedoty i zredukować przestępczość.


Bogota, rowery (foto: bikesnotbombs.org)

W rezultacie wdrożenia tego urbanistycznego projektu, który, można powiedzieć, wyciągnął ludzi na ulice jako przechodniów, którzy spotykają się z innymi przechodniami, którzy jeżdżą rowerem (po sześciu latach procent rowerzystów wzrósł z 0,2% do 5%), o jedną trzecią zmalała w Bogocie liczba wypadków drogowych i zauważalnie zmniejszyła się liczba zabójstw. Niektóre z tych zdobyczy stały się już nieodwracalne i stanowią przykład dla całego świata.

Taką sama filozofię zastosował burmistrz jednego z najbardziej znanych miast europejskich – Paryża. Paryżanie do tego stopnia zmęczyli się hałasem, zanieczyszczeniem powietrza, ciągłymi korkami, że poparli plan odzyskiwania ulic przedstawiony przez burmistrza Bertranda Delonoe.


Paryż (foto: leblogauto.com)

Administracja posunęła się do tego, że wysypała żwirem ważną arterię komunikacyjną, ulicę Pompidou, i ustawiła parasole w przestrzeni, w której można napić się piwa i gdzie odbywają się różne imprezy. Asfalt został zastąpiony plażowym piaskiem z małymi placykami, z przestrzenią do tańca. Delanoe zalał miasto setkami tysięcy rowerów, które można bezpłatnie wypożyczać. Przytaczam kolejne przykłady, wciąż w duchu filozofii mera Bogoty, i przypominam, że w Szwecji administracja publiczna wykupuje tereny wokół miasta i wyznacza strefy, w których nie można budować.

Wiem, że ktoś może mi powiedzieć: co ty nam opowiadasz, z kim nas porównujesz? Nie można jednak nie myśleć o tym, że Tirana miała te wszystkie możliwości i że traci je dramatycznie szybko. I nie sądzę, że stało się tak, ponieważ przybysze ignoranci, którzy  napłynęli ze wsi, chcieli upchać się w tych gigantycznych ulach, albo że spragnieni samochodów znienawidzili rowery, czy nawet trawę – jak mówią niektórzy. Nie, nowi przybysze zbudowali domy z podwórkiem, gdzie posadzili nawet jakieś drzewko tak, jak mieszkali na wsi. Faktycznie, te domy są wielkie, brzydkie i bez infrastruktury, ale moim zdaniem, głównej masakry dokonali miastowi „mędrcy”.


Tirana (foto: cicloamici.it)

To oni zabetonowali miasto, przeprowadzając, oczywiście, skuteczne pranie mózgów. Przede wszystkim jednak wykorzystali siłę władzy, brudnych pieniędzy, korupcję i bezkarność wobec prawa. W ten sposób Tirana przekształciła się w miasto dla samochodów, w którym bogaci się mniejszość, a życie mieszkańców stało się niemożliwe nie po prostu w sensie fizycznym, ale przede wszystkim dlatego, że pozbawiono ich prawie wszelkich możliwości relacji, socjalności. Stała się miastem, w którym o tym, co nazywa się integracją społeczną, mowy być nie może.

Nie chcę kończyć tego eseju w tonie pesymistycznym, dlatego zakończę go życząc specjalistom Bashy pracującym nad planem urbanistycznym, aby poznali i trochę głębiej przestudiowali doświadczenia, o których powiedziałem. Może w ten sposób uda się uratować to, co da się uratować w naszym mieście barbarzyńsko zmasakrowanym przez bardzo złych ludzi.

Artykuł ukazał sie w: www.panorama.com.al
Tłum. i red.
Dorota Horodyska

Towarzystwo Polsko-Albańskie
05-805 Otrębusy
ul. Spacerowa 17
 
Konto:

Towarzystwo Polsko-Albańskie
58 2130 0004 2001 0741 4378 0001
Volkswagen Bank Polska S.A.

 

Dziś33
W tygodniu1841
W miesiącu4217
Wszystkie122856

niedziela, 16, grudzień 2018
Our website is protected by DMC Firewall!